
Pierwsze z dwunastu Praw Natury, którym się przyjrzymy. Brzmi pozornie prosto. Znane zresztą z nauczań wielu guru, a wspólcześnie obecne w doslownie co drugim podcaście nt rozwoju wszelakiego, i duchowego, i osobistego – znane powszechnie jako „żyj tu i teraz”. A wspólcześnie, w czasach niesamowitej dynamiki naszej cywilizacji to chyba jednak jedno z ważniejszych praw natury.
Skąd w ogóle wiemy, że lamiemy akurat to prawo natury?
Pierwszym niezawodnym znakiem jest klasyczne odkladanie życia na później. Życie w ciaglym oczekiwaniu na coś. Najpierw czekamy aż skończymy podstawówkę i rozwiniemy skrzydla, potem uczelnię, następnie idziemy do pracy, tam czekamy aż zaczniemy dobrze zarabiać. Potem zaczynamy czekać na weekendy, żeby móc wydać te ciężko zarobione pieniądze. Potem czekamy na wakacje. I tak w kólko.
Drugim oznakiem lamania tego prawa jest odczuwanie ciąglego braku czegoś. I znów pierwszy z brzegu przykład; w okresie szkolnym mamy dużo czasu, ale nie mamy pieniędzy. Potem mamy pieniądze, ale nie mamy już czasu. Po drodze nie mamy ochoty, sposobności, nie mamy silnej woli żeby coś zmienić, zrobić. Albo najbardziej klasyczny przykład, który można odnieść do wielu schematów w naszym życiu: Nie mamy psa – chcemy psa – mamy psa – ale nie mamy czasu go wyprowadzić. I przenosimy winę za swoje niedzialanie, czy tam nazwijmy to wprost pasywność/lenistwo, na wydarzenia i okoliczności zewnętrzne. Ewnetualnie winimy innych, mamę, tatę, żonę, męża, szefa, a nawet rząd 😉 Nie potrafimy wykorzystać tego, co już mamy, co otrzymaliśmy od Życia, żeby być i żyć szczęśliwie.
Trzecim wskaźnikiem lamania tego prawa natury jest mentalne życie w przeszlości lub przyszlości. Poczucie, że najlepsze dni naszego życia już minely w mlodości, wskazuje że zupelnie nie wierzymy w swoją przyszlość i że się poddaliśmy. Po drugiej stronie medalu jest wieczne oczekiwanie cudu i wiara, że wreszcie będzie dobrze, jak wygramy przyslowiową 6tkę w lotto, jak rozwiedziemy się ze zlosliwym malżonkiem, lub wręcz, że w końcu znajdziemy tą jedyną osobę, której oddamy się calym sobą, albo może kupimy ten wymarzony domek pod Tatrami.
Czwarta oznaka to brak chęci zmiany czegokolwiek lub strach przed zmianą – niepewność i tzw. wieczne wahanie się. Boimy się zmienić pracę, która nas dojeżdża, bo „gdzieś może być jeszcze gorzej”. Nie wyrzucimy starej kurtki, bo a nuż się gdzieś/kiedyś jeszcze przyda. Pasywność, apatia, nuda, powoli zżerają duszę. Są dla niej powolną agonią. Dusza chce doświadczać, rozwijać się – ego kurczowo trzymać tego co ma. To podpowiada nam, że gdzieś utknęliśmy.
I tu będzie coś brzmiącego jak paradoks – latwo, o wiele latwiej jest cierpieć, zadręczać się, znajdować kolejne wymówki, które będą nas samych przed sobą, rodziną, znajomymi tlumaczyć, dlaczego SIĘ NIE DA NIC ZROBIĆ. Dzialanie wymaga bowiem odwagi, ryzyka, poczucia dyskomfortu, jakiegoś wysilku, otwarcia się na Życie – czasem zagrania przyslowiowej partii pokera z Życiem. A Życie uwielbia odważnych. Nasze Dusze też to uwielbiają, ale nasze ega unikają tego jak ognia („Audaces fortuna iuvat” – Szczęście sprzyja odważnym). Niestety z autopsji wiem, jak trudno jest wyjść ze strefy komfortu = strefy narzekania…
Poniekąd piątym wskaźnikiem lamania tego prawa może być zazdrość. Zazdrość, ze ktoś coś ma, a ja nie mam. Wiąże się to z wyżej już wspomnianym aspektami; zazdrość wkazuje nam, że nie chcemy dostrzec i docenić tego co mamy, naszej drogi, naszego rozwoju. Zazdrościmy, bo sami stawiamy się w jakiś sposób w stosunku do innych w pozycji ubogich (w materii, w milości, w karierze, w czymkolwiek). Nie jest to dobre, bo zawsze znajdzie się na świecie ktoś, kto czegośc będzie mial więcej.
Nie akceptujemy więc siebie samych. Napiszę to mocniej – nie kochamy samych siebie, a to jest mistyczna podstawa podstaw (no jakże to, Świadomość, która odrzuca samą siebie? Pachnie tu niezla manipulacją…muszę dodawać, że trwającą już tysiące lat?). Z zazdrością wiąże się też „życie życiem innych”. Porównywanie siebie, odnoszenie się w kontekstach do innych. Nie patrzenie na siebie i na to co ja mogę zrobić, co daloby mi szczęście. I gdzieś tam podążamy za kimś, czyimś życiem, za modami panującymi za oknem lub na szklanym ekranie komórki… Tak, tam wszędzie wiedzie nas ta Nauczycielka Zazdrość. I podobnym zjawiskiem jest tutaj chciwość – nigdy dość, zawsze zbyt malo. Niekończące gonienie za „więcej”, „bardziej”, „lepiej niż”. Czy to jest przepis na szczęście? Do pewnego momentu może być, ale tak czy inaczej nie dla każdego, a na pewno nie dla Szukającego.
Życie w ciąglym strachu i odkladanie go na później to droga do agonii duszy. To ciągle zmęczenie. Znacie to? Bezczynność usprawiedliwiana dziesiątkami alibi to atrofia Życia, a szkoda go marnować. Nie jest dlugie. Unikanie wyzwań w życiu to z kolei proszenie się o jeszcze większe wyzwania ; ) Tak dziala Kosmos.
Co jeszcze wynika z tej wyliczanki, z tego prawa natury? To, że szczęście nie jest celem samym w sobie, jakimś celem ostatecznym. To proces. Proces myślenia. Sposób odpowiedniego podchodzenia do życia, do ludzi, do świata, ale przede wszystkim do siebie samego. To sztuka akceptowania siebie takimi jakimi jesteśmy. A ponieważ jesteśmy ciut bardziej świadomością niż cialem, więc warto pomyśleć, czego naprawdę nam potrzeba, a nie czego pragniemy, czy czego pranie nasze ego, szukające porownywania się, szukające uznania w oczach innych. Szczęścia więc nie da się osiągnąć bez przyjęcia odpowiedniej postawy wobec życia.
Dodaj odpowiedź do Nie ma jutra… – Śmienie Anuluj pisanie odpowiedzi